Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Starfire. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Starfire. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 sierpnia 2015

4.02 Nigdy, przenigdy

-Więc mówi Pan, że to nie Pani Anders wymusiła pierwszeństwo? - Zapytał funkcjonariusz podnosząc brew w geście niedowierzania.
-Tak. Prawie trzykrotnie przekroczyłem dozwoloną tu prędkość, wiec gdy Pani Anders po upewnieniu się, że nic nie jedzie ruszała uderzyłem w maskę jej samochodu. - Zapisał coś w notesiku i po raz kolejny podejrzliwie na mnie spojrzał. Doskonale wiedział, że gadam bzdury. Uszkodzenia wyglądałaby zupełnie inaczej.
-Rozumie Pan, że to z pańskiej kieszeni...
-Mam dobre ubezpieczenie. - Wysłałem mu wesoły uśmiech.
-Skoro tak. - Dał za wygraną i zamknął zeszyt. -Dziękuję Panie Grayson. - Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym ruszyłem w stronę karetki. Znów będę musiał pousuwać sobie punkty karne z systemu policji. Czasem na prawdę widziałem plusy bycia policjantem. Oczywiście takie zabiegi są nielegalne, ale cóż komisarz nie może stracić prawa jazdy za wykroczenia drogowe.
-Zakładam, że to pan jest tym potrąconym motocyklistą. - Usłyszałem miły kobiecy głos. Zaraz obok przystanęła lekarka, całkiem ładna lekarka.
-Do usług. - Wysłałem jej cwaniacki uśmieszek.
-Zapraszam do karetki, zbadam pana. - Również się uśmiechała, chociaż próbowała to ukryć za zawodową oziębłością.
-Zapewniam, że najważniejsze rzeczy są na swoim miejscu, ale jeśli pani doktor chce, to mogę pokazać. - Sięgnąłem do rozporka.
-Może innym razem. - Udając zawiedzionego rozłożyłem ręce. Zaraz po tym starszy lekarz pomógł Kori wysiąść z karetki.
-Tak jak mówiłem proszę na siebie uważać. - Miała na czole opatrunek, ale wyglądała znacznie lepiej.
-Jak się czujesz? -zagadnąłem odrobinę zmartwiony. Wyglądała na zestresowaną, może jakby trochę zmieszana.  
-Dobrze, dziękuję. - Wokół już wszystko zniknęło. Samochód i motocykl zostały odholowane, a ruch znów płynął swoim rytmem. Słońce zaczęło powoli tulić się do horyzontu.
-Zadzwonię po taksówkę i Cię odwiozę.
-Nie, bardzo dziękuję. - Próbowała nie patrzeć mi w oczy, jakby czuła się nieswojo. Czyżbyśmy mieli AŻ taką przepaść między sobą?
-Nalegam. - Dopiero teraz podniosła wzrok.
-Mój przyjaciel już tu jedzie. - Ah, no tak, miała kogoś. Jak mogłem o tym nie pomyśleć. -To my Cię odwieziemy. - Przeczesałem włosy ręką. Głupio trochę. Wtedy z zawrotną prędkością na chodnik wjechał stary Jeep. Jak strzała wyskoczył z niego blond włosy chłopak. Przypominał modliszkę, dwumetrowy patyk.
-Kori. Mój Boże. Wszystko w porządku? - Położył swoje dłonie na ramionach dziewczyny uważnie obserwując jej minę. Zanim zdążyła odpowiedzieć odgarnął grzywkę z plastra.
-Zwykłe obtarcie. Kilka dni i się zagoi. -szepnęła widząc jego troskę. Zawładnęła mną niezrozumiała chęć obicia mu tej dziecięcej buźki.
-To ty w nią wjechałeś. -warknął ustawiając dziewczynę za sobą, jakbym miał zamiar ją skrzywdzić. Tak, tak. Dalej. Daj mi pretekst. Jesteś już blisko.
-Gar. Uspokój się. To Dick Grayson, mój przyjaciel z dzieciństwa. - Objęła jego prawe ramię jakby nie do końca pewna, czy zaraz się na mnie nie rzuci. A ja właśnie na to liczyłem. -Pamiętasz? Opowiadałam ci o nim. Ten akrobata. - Auć. Ten akrobata? Tylko tyle mu o mnie powiedziała? -A poza tym to ja wymusiłam na nim pierwszeństwo. - Facet jakby nabrał trochę rozsądku. A jego "prawie straszne" spojrzenie złagodniało. Spojrzał szybko na zegarek.
-Tak w ogóle, jestem Garfield Logan. - Wyciągnął dłoń, którą ściągnąłem ze sztucznym uśmiechem.
-Jak ten kot z kreskówki? - Zadrgała mu powieka. Czyżbym uderzył w czuły punkt? Z całych sił próbowałem nie zaśmiać mu się w twarz. Natomiast Kori nie miała takich oporów. Wystrzeliła przyjemnym śmiechem opierając się o ramię mężczyzny.
-Zaraz będziesz wracać pieszo. -mruknął, a ona ucichła wykonując gest wiecznego milczenia z wyrzucanym kluczykiem. -Dobra. Podrzucić Cię gdzieś Dick?
-Nie, dzięki. Jestem tu tylko przejazdem, no wiesz miała być krótka wizyta w interesach. Wezmę sobie taksówkę i przenocuję w hotelu.
-Nie ma mowy. - Podniosłem brew patrząc na niego z dołu. Słucham? -Hotele w tym mieście to zarobaczone speluny. Wybulisz kupę kasy i jeszcze coś złapiesz. Kori... - Zwrócił się do kobiety, która chociaż wciąż ukryta w połowie za jego ramieniem nie spuszczała ze mnie wzroku. -Rae wraca dopiero jutro na noc, nie?
-Niby tak, ale...
-Myślę, że powinieneś przenocować u niej w mieszkaniu. Będzie wolne łóżko, a jak nie to możesz spać nawet na kanapie. Będzie bezpieczniej. - Koleś poznał mnie kilka minut temu, a już zaufał mi na tyle, żeby pozwolić spać u swojej dziewczyny? Chyba był nie do końca zdrowy na umyśle.
-Ja nie chcę...
-Postanowione. -przerwał mi w pół zdania. -A teraz wsiadajcie, bo znowu spóźnię się do roboty. - Już bez słowa wziąłem kask i wcześniej zdjętą kurtkę, po czym podążyłem za nimi do samochodu. Przez całą drogę gęba mu się nie zamykała. Z jednej strony był zabawnym kolesiem, którego nawet można by polubić. Z drugiej natomiast nie rozumiałem, co Kori w nim widzi. Wywnioskowałem, że jest strażakiem i lubi zwierzęta. Gdy wysiedliśmy, a Gar odjechał Kori znów wydawała się być skrępowana moją obecnością. Niewiele mówiła, wciąż nie patrząc mi w oczy. Wziąłem prysznic zakładając pożyczone od blondyna dresowe spodnie. Moje motocyklowe nie nadawały się do niczego oprócz jeżdżenia. Usiadłem na kanapie czekając, aż rudowłosa skończy kąpiel. Mieszkanko było małe, ale zadbane i niezwykle przytulne. W końcu Kori wyszła. Dopiero teraz na prawdę dostrzegłem, że dojrzała. Jak piękny pąk róży, który zanim zdążysz się obejrzeć rozkwita w zachwycający kwiat. Usiadła obok patrząc mi w twarz z taką ciekawością, jakby szukała swojego dawnego przyjaciela.
-Nie powinnaś zdejmować opatrunku. - Z tego, co widziałem rana nie była głęboka, ale zabezpieczenie zawsze powinno być, zwłaszcza w tak delikatnym miejscu. -Gdzie apteczka?
-Nie ma potrzeby. - Obdarzyłem ją zimnym spojrzeniem, a ona jakby zesztywniała. -Nad zlewem. -szepnęła. Miałem nadzieję, że to nie strach tak nią trzęsie, a inne, znacznie przyjemniejsze uczucie. Z plastrem w dłoni znów usiadłem na przeciwko niej. Zacząłem opatrywać ranę. Czułem ciepły oddech na szyi, który wywołał miły dreszczyk. Nagle kobieta ni stąd ni zowąd zaczęła się śmiać. -Przepraszam. -wyjąkała zakrywając usta dłonią. -Po prostu przypomniało mi się, jak to ja Cię opatrywałam za każdym razem. - Przewróciłem oczami. Ooo tak, ja też dobrze pamiętam, jak bawiła się w panią doktor. -Zawsze coś ci się działo.
-Bo zawsze musiałem Cię wyciągać z kłopotów. - Skończyłem zakładać plaster i odsunąłem się nieco, niezbyt daleko. -Pamiętasz, jak rzuciłem się na psa, który Cię zaatakował? Po twoim opatrunku weszła mi infekcja, a i tak miałem założone trzy szwy. - Kobieta uśmiechała się szeroko ukazując szereg białych zębów. Wtedy myślałem, że to najgorszy ból na świecie. Dziś bez problemu sam zaszyłbym sobie ranę.
-Wyprzystojniałeś. - Powiedziała pól żartem pół serio. Zrobiłem głupią minę puszczając jej oczko. Zachichotała.
-Natomiast ty wciąż wyglądasz tak samo. - Od razu nadęła policzki. -Tak samo pięknie. - Jej oczy opadły na podłogę, a policzki zaczerwieniły się uroczo. Mokre włosy opadały zalotnie na czoło, policzki i plecy. -Więc, Kori, opowiadaj co działo się z tobą przez te… - Policzyłem szybko w myślach. -piętnaście lat? - Najpierw posmutniała, a później przylepiła do twarzy sztuczny uśmiech.
-A ty? - Delikatnie szturchnąłem ją w ramię, jak dzieciak.
-Zapytałem pierwszy. - Westchnęła kapitulując. -Ze szczegółami proszę. - Wyciągnąłem nogi przed siebie wygodniej rozkładając się na kanapie.
-No więc jak miałam osiem lat wyjechaliśmy z Gotham, ale to chyba pamiętasz?
-Ooo tak! - Zaśmiałem się pod nosem. -Pamiętam jak krzyczałaś moje imię przez okno pociągu. - Dostałem kuksańca w bok, który zabolał dziesięć razy bardziej przez potłuczone żebra.
-Ja przynajmniej nie mazałam się jak mała dziewczynka. - Fakt, gdy odjeżdżała wylałem strumienie łez. Dla dziesięciolatka strata najbliższej przyjaciółki, w której de facto od zawsze się troszkę podkochiwał, była najgorszym ciosem prosto w serce.
-Jasne, jasne. -mruknąłem nie chcąc drążyć tematu. -Jak było tu, w Central City?
-Dobrze. - Jej głos z radosnego zrobił się jakby matowy. -Zamieszkaliśmy w wieżowcu. Uznałam to za tragedię, bo kochałam nasze podwórko. - W Gotham miała wielki dom z ogromnym ogrodem i basenem, którego zawsze jej zazdrościłem. -Ale przywykłam. Szkoła też była nie najgorsza, chociaż śmiali się z moich włosów. - Dziwił mnie ten pusty ton, a jeszcze bardziej, że wbiła wzrok w wyłączony telewizor. -Jakieś dwa lata później matka poznała niejakiego Juana Carlosa, meksykanina na wizie turystycznej. Gdy miałam jedenaście lat odeszła od nas i zniknęła gdzieś w Meksyku. Nigdy nie napisała chociażby listu. Ojciec zaczął pić. Stracił pracę. Sprzedał mieszkanie, więc wylądowaliśmy w jakimś jednopokojowym, zawszonym motelu. Wtedy zainteresowała się nami opieka społeczna. W jednym ze swoich dość częstych napadów szału, ojciec pobił mnie prawie do nieprzytomności. Następnego dnia dyrektorka szkoły wezwała policję. Trafiłam do sierocińca w swoje piętnaste urodziny. Pomimo wszystko, co wcześniej miało miejsce nie załamałam się. Dalej utrzymywałam dobre oceny i optymistyczne nastawienie do życia. Myślałam: Przecież gorzej być nie może. Jednak mogło i było. Po jakimś półtora roku w sierocińcu dowiedziałam się, że pewien mężczyzna chce mnie adoptować. Byłam szczęśliwa, aż do pierwszego spotkania. Był czterdziestoletnim zboczeńcem, od którego na kilometr pachniało dużymi pieniędzmi. Gdy zrozumiałam w jaki sposób na mnie patrzył złamałam mu nos książką, ale i tak mnie adoptował. Przeszłam tam piekło. Uciekałam z dziesięć razy, choć za każdym razem prał mnie solidnie. Nie dałam za wygraną, aż w końcu się udało. Znalazłam robotę, później kolejną i jakoś dałam radę. - Szczęka opadła mi na podłogę. Mówiła o tym z takim dystansem, jak o obejrzanym zeszłego wieczora niezbyt ciekawym filmie. Chciałem zapytać, czy żartuje, jednak, gdy zwróciła twarz w moją stronę... Małe zmarszczki pojawiły się wokół jej oczu dodając całości co najmniej dziesięciu lat. Sztuczny uśmiech kłuł moje serce niczym ostrze noża.
-Kori… -szepnąłem przeciągle wciąż nie wierząc. Wzruszyła ramionami, ale kryło się w tym coś więcej.
-Co było to było. Nie ważne, jak byśmy chcieli nie zmienimy tego. - Delikatnie dotknąłem jej ramienia. Wesoła maska wciąż nie zeszła z jej twarzy. Była silna, wiedziałem to od zawsze, jednak teraz to ja potrzebowałem bliskości. Ostrożnie przyciągnąłem kobietę w swoje ramiona. -Dick, to na prawdę… - Była sztywna jak lalka, a jej głos wyrażał rozbawienie. Pewnie myślała, że chcę ją pocieszyć.
-Wybacz mi. - Zaczęła chichotać nie odsuwając głowy od mojej szyi. -Wybacz, że cię nie ochroniłem. - Ton jej śmiechu przybrał na głębokości, po chwili zmieniając się w gorzki szloch. Rozluźniła mięśnie, obejmując mocniej moją pierś. Nigdy nie próbowałem szukać Kori, chociaż gdybym chciał znalazłbym ją bez problemu. Gdy ona cierpiała, ja grzałem dupę w posiadłości Wayne’a i bawiłem się w Robina. -Obiecuję, już nigdy, przenigdy, nie pozwolę cię skrzywdzić.


Rozdziały są dodawane w dzikiej chronologii, wiem, ale na bieżąco uzupełniam Spis Treści, w którym wszystko jest -mam nadzieję- czytelnie posegregowane.
Proszę o komentarze, bo jak wiecie to najlepsza motywacja do pisania kolejnych rozdziałów.
I pytanko, które z opowiadań najbardziej przypadło wam do gustu?

poniedziałek, 4 maja 2015

6.01 Emocjonalny niedorozwój

Opowiadanie na zamówienie: Skandynawska Girl
To dopiero pierwsza część, przewiduję jeszcze z 2... lub 3.
Zapraszam!



-Cześć maleńka. – Usłyszałam tuż nad uchem. Mówił mi to codziennie rano, tym swoim „uwodzicielskim” głosem. Zawsze próbowałam być dla wszystkich miła i z reguły mi wychodziło, ale ten zielony, chudy siedemnastolatek działał mi wyjątkowo na nerwy.
-Bestia! –krzyknęłam odsuwając się kilka kroków. –Jestem od ciebie starsza i tylko o głowę niższa, wciąż nie mogę pojąć, dlaczego nazywasz mnie „maleńka”. – Skrzyżowałam ręce pod piersiami lustrując wzrokiem chłopaka.
-Jesteś taka śliczna, gdy się irytujesz. – Przewróciłam oczami, po czym zaczęłam iść w stronę swojego pokoju. Wizja siedzenia z Bestią, sam na sam, w salonie przez dłużej niż kilka sekund wyglądała dość niebezpiecznie. Na nieszczęście ruszył za mną równie żwawym krokiem. –Co robisz jutro wieczorem kwiatuszku? – Z całych sił powstrzymywałam kąśliwą uwagę.
-A dlaczego pytasz? –wycedziłam. Błagam, niech ktoś wyjdzie na ten cholerny korytarz i mnie ocali.
-Bo jutro piątek. Aż żal, żeby taka piękna dziewczyna siedziała zamknięta w wieży, jak jakaś nieszczęśliwa księżniczka. O tak, skarbie! Bestia cię ocali! – Złapałam go za ramiona i potrząsnęłam niezbyt subtelnie.
-Jeśli powiem tak, ale jeśli – zupełnie nieoczekiwanie –okaże się, że między nami nie iskrzy, to dasz mi spokój? – Jego usta przybrały kształt banana, a oczy zabłysnęły.
-Oczywiście. Będę po ciebie o 18. – Cmoknął mnie w policzek, po czym zwyczajnie pobiegł w swoją stronę. Nie rozumiałam jego radości. Przecież to tylko jedno wyjście. Zupełnie nic nieznaczące wyjście.
Przez cały dzień Gar chodził, jak po wypiciu dziesięciu litrów napoju energetycznego. Jednak o naszych planach nie pisnął nawet pół słówka. Następnego wieczora zaczęłam przygotowania. Ten chłopak był moim wieloletnim przyjacielem, dlatego chciałam postarać się chociażby troszeczkę. Wzięłam prysznic, wyprostowałam włosy, po czym spięłam je w luźnego kucyka. Nawet teraz sięgały, aż samego pasa. Podkreśliłam oczy eyelinerem, a usta czerwoną szminką. Biorąc pod uwagę, iż za oknem z nieba sypał się żar, założyłam krótkie spodenki w wysokim stanem odsłaniające część pośladków. Góra przysporzyła trochę więcej kłopotów. Ostatecznie postawiłam na neonowy stanik i bardzo luźną, zakrywającą tak naprawdę tylko kawałek brzucha i plecy, szarą bluzkę. Nigdy nie wstydziłam się swojego ciała, bo niby, dlaczego? Z pod łóżka wyciągnęłam podobne kolorem do stanika szpilki.
Parę minut później usłyszałam pukanie do drzwi. Ostatni raz spojrzałam w lustro. Całkiem nieźle. Otworzyłam, a serce dosłownie podeszło mi do gardła, gdy zobaczyłam Nightwing’a. Otworzył szeroko oczy i gwizdnął pod nosem.
-Wybierasz się gdzieś? – Czułam jak moje policzki stają się czerwone, odruchowo stanęłam do niego plecami. Że też musiał przyjść akurat teraz. Wszedł do środka zamykając za sobą drzwi. –Miałem prosić cię o wyjaśnienie mi jednego z twoich raportów, ale nie będę przeszkadzał w planach. – Wzięłam głęboki oddech i jako tako opanowałam wszystkie emocje. Wysoki mężczyzna w stroju Nightwinga oparł swoje seksowne ciało o blat biurka. –Więc co to za szczęściarz? Jakiś superbohater, a może zwykły człowiek? Długo się znacie? Mogę mu powierzyć pieczę nad twoim bezpieczeństwem? – Założył ręce na tors, a ja dosłownie płonęłam w środku. Do tego jeszcze ten prowokujący uśmieszek. Zgiń! Zgiń przeklęty!
Nagle znów rozległo się pukanie do drzwi.
-Kori przepraszam za spóźnienie. –krzyknął Gar z korytarza. Ukryłam twarz w dłoniach widząc, jak lider podrywa się do otworzenia. –Ale moja koszula gdzieś się… - Urwał nagle. Wzięłam głęboki wdech i znów spojrzałam w ich stronę. Zielony zamiast ugiąć karku przed starszym, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Klepnął przyjacielsko czerwonego ze złości Nightwing’a wchodząc zadowolony do środka. –Stary dzięki za przypilnowanie mi dziewczyny, ale teraz sam się nią zajmę. – Dosłownie pożerał mnie wzrokiem. W sumie to nie wyglądał tak źle, jak zwykle. Niechlujnie włożona w jeansy biała koszula, świetnie pasowała do sportowych butów. –Mówiłem ci już, że jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek poznałem? – Wciąż zakłopotana potrząsnęłam głową. Splótł nasze palce i pociągnął mnie do wyjścia.
-Zaraz. – Lider zagrodził nam drogę. Byłam zupełnie skołowana. Stało przede mną dwóch mężczyzn. Bestia, przyjaciel, irytujący jak młodszy brat, wciąż obsypujący mnie komplementami i Nightwing, obiekt westchnień, który jeszcze nigdy nie wykazał zainteresowania czymś więcej, niż kontaktami zawodowymi. Prawda, często robiąc “groźną minę” chronił mój tyłek przed nachalnością zielonego, ale na tym się kończyło.   
-Daj spokój stary, myślałeś, że będzie czekać na ciebie do końca życia? – Widziałam jak twarze obu przybierają bardziej surowy wyraz. –Dziewczyna ma osiemnaście lat i chce sobie poszaleć z seksownym superbohaterem.
-To była umowa. –wypaliłam bez zastanowienia, czując ogromną potrzebę sprostowania tych pierdół. –Mieliśmy wyjść razem, jeśli nie wypali Bestia daje mi spokój i szuka innej kobiety, dla której straci głowę. – Spuściłam wzrok chcąc ominąć widok ich twarzy. Ta sytuacja była niekomfortowa do potęgi.  
-Ona cię nie chce mały, zrozum to. Takie jest życie. Przestań łazić za nią jak pies.  – Gar zacisnął pięść i znienacka huknął ciemnowłosego w szczękę, na co ten nawet się nie zachwiał. Jednakże ciemna krew popłynęła mu z kącika ust.
-Ja przynajmniej mam odwagę wyznać jej, co czuję. – Wtedy obaj rzucili się na siebie, a ja stałam tylko oniemiała nie wierząc w to, co widzę.
-Jesteś idiotą. –ryknął lider siedząc zielonemu na biodrach i okładając go po twarzy. –Próbuję ją chronić, a nie jak ty, narażać na jeszcze większe niebezpieczeństwo. – Wtedy Gar zniknął, by po chwili móc pojawić się obok, jako ogromny goryl. Jednym machnięciem ręki posłał przeciwnika na szafę, która swoją drogą rozsypała się w drobny mak.
-Myślisz, że izolując ja od wszystkich mężczyzn osiągniesz cokolwiek? Powiedz jej w końcu, co czujesz, albo ja to zrobię. – Teraz stan mojego oszołomienia sięgnął zenitu.
-O czym wy do cholery mówicie? Nikt mnie od niczego nie izoluje!
-Powiedz jej Nightwing! – Obaj znów stanęli naprzeciwko siebie. Wokół dało się wyczuć silne napięcie.
-Spiepszaj stąd zanim postanowię bić się z tobą na poważnie. – Gar drgnął i przeniósł zdenerwowany wzrok na mnie.
-Po prostu żal mi na was patrzeć. Jesteście dorośli, a nie potraficie nawet szczerze porozmawiać o waszych uczuciach.  – Tracąc jakiekolwiek zainteresowanie nami wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami. Zostaliśmy sami i każde milczało czekając na ruch drugiego.



-I jak Bestia udało ci się? – Zdążyłem przejść jeden korytarz od jej pokoju i już złapał mnie Cyborg, obok którego stała Raven. We trójkę uknuliśmy plan, jak sprawić, żeby ten cholerny emocjonalny niedorozwój wyznał swoją miłość do Kori. Bo co, jak co, tylko ona nie zauważała tych jego łapczywych spojrzeń, tęsknych westchnień i troski, którą ją obdarzał.
-Jeśli nie zrobi tego teraz, to już nigdy.

piątek, 24 kwietnia 2015

1.03 After the storm comes a Rainbow



-Kori. –szepnąłem jak zahipnotyzowany wstając. Dziewczyna w mgnieniu oka odwróciła się przodem do mnie. Jej szafirowe oczy z początku były szeroko otwarte, aby później móc zapłonąć radością.
-Dick. – Opuszkami palców dotknęła mojej piersi, jakby sprawdzając, czy to naprawdę ja. –Jesteś ranny. – Ten słodki głos sprawiał, że dostawałem gęsiej skórki. Pomimo kurzu na twarzy wyglądała równie uroczo, co w dniu, kiedy ją poznałem. Dokładnie pamiętam ten piątkowy wieczór. Razem z Victorem oraz Garem, zabawnym, siedemnastoletnim przyjacielem Vic’a staliśmy przed kinem czekając na Rachel, którą poderwałem kilka dni wcześniej i dwie jej koleżanki. Kiedy zobaczyłem Kori kroczącą w białej, luźnej sukience, z rozwianymi rudymi włosami odebrało mi zupełnie mowę. Była zaledwie rok młodsza ode mnie, ćwiczyła gimnastykę, pracowała jako wolontariuszka w domu starców. Byłem oczarowany niebiańskim uśmiechem nie schodzącym jej z twarzy. Zachowywałem się przy niej jak nieśmiała niedorajda.
-Myślałem, że nie żyjesz. – Jej zawsze zadbane paznokcie przesunęły się po moich żebrach. Położyłem ręce na smukłej talii dziewczyny, którą przykrywała jedynie przykurzona, czarna podkoszulka. Poczułem spokój. Cudowny, błogi spokój. Była bezpieczna, w moich ramionach nic jej nie groziło.
-Widzę, że się znacie. – Oli odchrząknął znacząco, a ona jak na rozkaz się odsunęła. –Dochodzi pierwsza w nocy, musisz być zmęczona po całodniowej misji. Idź się umyj i połóż. Rano wyruszamy na bastion. – Kiwnęła głową, po czym obdarzyła mnie przeciągłym spojrzeniem wychodząc.
-Widzimy się później. –szepnęła. Omówiłem z porucznikiem plany na następne kilka dni. „Bastion” okazał się być nazwą dla stadionu, gdzie ci sukinsyni trzymali ludność cywilną znalezioną w gruzach miasta. Co jakiś czas przybywały samochody przywożące nowych żołnierzy, a zabierające z powrotem tych biednych ludzi.
Znów zszedłem do wieczernika, nie mając pojęcia, gdzie powinienem szukać Kori. Stanąłem przy oknie tuż obok dwóch wartowników Olivera. W kieszeni kurtki znalazłem paczkę papierosów.
-Macie może ogień? – Spojrzeli na mnie zdziwieni przerywając rozmowę. Wyższy z nich wyciągnął zapalniczkę i rzucił w moją stronę. Był ogromnym chłopem z ciemną grzywką zaczesaną do tyłu. Poczęstowałem ich, a gdy we trzech paliliśmy atmosfera rozluźniła się nieco.
-Jesteś tym postrzelonym dowódcą północnych? –zagadnął niższy. Kiwnąłem głową. –Niezłą masz tą sanitariuszkę. – Zmarszczyłem brwi niezadowolony sposobem, w jaki o niej mówił.
-Raven to nie moja dziewczyna, tylko przyjaciółka. – Obaj buchnęli śmiechem.
-Też chciałbym mieć takie przyjaciółeczki, które ze mną sypiają. – Zacisnąłem pięści chcąc powiedzieć mu coś do słuchu, jednak nie zdążyłem.
-Na takie jesteś za głupi Clark. –rozniósł się kobiecy głos za moimi plecami. Zobaczyłem Kori ubraną w króciutkie spodenki i rozpiętą koszulę w moro odsłaniającą sportowy stanik oraz jej smukły brzuch. Miała pas z pistoletem umieszczony na biodrach, a włosy zaplecione w długi warkocz. Dwóch mężczyzn wyprostowało się jakby na widok generała. Złapała moją rękę i pociągnęła w górę, po schodach. Weszliśmy do jakiegoś pokoju oświetlonego jedynie pojedynczą świeczką. Na biurku leżał karabin snajperski, z którego ratowała ludziom życia.
-Jakim cudem? –jęknąłem. Dziewczyna stojąca przede mną, siejąca postrach wśród żołnierzy, odbierająca życia bez mrugnięcia okiem, w niczym nie przypominała mojej najukochańszej arcydelikatnej Kori.
-Zabili moich rodziców. –szepnęła stając pod zakratowanym oknem. –Garfield umarł mi na rękach, po ich ataku na wschodni posterunek. Nie jestem już tą osobą, którą byłam kiedyś. – Drżącymi dłońmi odpaliła papierosa trzymanego w ustach. Zdziwiło mnie to, przecież zawsze była przeciwna paleniu.
-Nikt z nas nie jest taki sam. – Światło księżyca oblewało ją niczym anioła. Patrzyła gdzieś w dal, na stojące w ogniu miasto.
-Więc ty i Rachel w końcu…
-Nie. –przerwałem jej odruchowo. –Jesteśmy przyjaciółmi, ale teraz potrzebowała mnie bardziej, niż kiedyś. Znasz ją przecież. Jest delikatna. – Zobaczyłem cień uśmiechu na ustach Kori. Zapanowała ciężka cisza. To był ten moment. Teraz nadeszła chwila, żebym wyznał jej prawdę, jednak gardło odmówiło mi posłuszeństwa. Nagle z dołu dało się słyszeć donośny wybuch. Dziewczyna przeklęła pod nosem łapiąc karabin. Wybiegliśmy na korytarz, a gdy dotarliśmy do szczytu schodów zobaczyliśmy wieczernik, wyścielany gruzem i ciałami naszych przyjaciół. Przez otwór, w którym kiedyś były drzwi wbiegł oddział świetnie uzbrojonych najeźdźców. To był koniec. Ostatnia linia obrony upadła.–Musimy uciekać, natychmiast. Im już nie pomożemy. –skwitowałem widząc jej sprzeciw. Ostatecznie kiwnęła głową i poprowadziła nas tylnym wyjściem. Niestety, wszędzie wokół było pełno wrogich żołnierzy. Cudem dostaliśmy się do, na wpół zniszczonego bloku naprzeciwko ulicy. Zaledwie kilka minut później na klasztor spadło kilka bomb zmiatając go i wszystkich będących wewnątrz z powierzchni ziemi. Siedzieliśmy skuleni oddychając głęboko. Szepnęła mi na ucho: Boję się. Nawet nie pamiętam, co jej wtedy odpowiedziałem, ale objąłem ją ramieniem, a później nawet pocałowałem. Odwzajemniała czułość, którą jej dawałem. Tamtej nocy pozwoliła mi spełnić wszystkie fantazje, błądzące po mojej głowie od momentu naszego poznania. Gdy zaczęło świtać zasnęła, przykryta jedynie moją kurtką. Dopiero teraz mogłem uzupełnić dziennik.
03.10.2044
Dziś Gotham upadło.

To były ostatnie słowa, które nakreślił Richard Dick Grayson ps. Robin. Jako powierniczka tego notesu czułam się odpowiedzialna, żeby dokończyć jego historię.
Tamtego dnia mogłabym się wcale nie obudzić, jednak los postanowił inaczej. Rozejrzałam się po zniszczonym pokoju skąpanym w świetle słońca, a gdy nie zobaczyłam Dick’a serce podeszło mi do gardła. Kiedy kończyłam sznurować buty usłyszałam ciężkie, męskie kroki tuż za drzwiami. Zamarłam przerażona, gdy stanął przede mną mężczyzna w mundurze wroga. Dopiero po chwili zauważyłam jego wesołe, niebieskie oczy.
-Aleś mnie przestraszył dupku! –ofuknęłam go. Postanowiliśmy poczekać, aż nadejdzie wieczór, a później skryci w cieniach przedostać się na drugi brzeg rzeki i uciec, najdalej jak to tylko było możliwe. Nasi wrogowie nie zamierzali osiedlać Gotham, ich celem było doszczętne zniszczenie go, aby pokazać światu własną potęgę.
Upragniony kres dnia nadszedł, a wtedy wyszliśmy z naszego ukrycia. Panował mniej ożywiony ruch na ulicach, ale wciąż byliśmy niesamowicie narażeni. Gruzy w wielu miejscach pokrywała krew, a ciała poległych partyzantów po prostu leżały na ulicach. Ogarniał nas ciężki mrok, przepełniony skrywającymi się tam, cierpiącymi duszami. Chciałam być silna, wtedy jeszcze miałam nadzieję.
Dotarliśmy już prawie na miejsce, gdy obok nas świsnęło kilka kul. Jedna z nich trafiła mnie w ramię. Ukryliśmy się za zawaloną ścianą, a grobową ciszę ogarniającą umarłe miasto przeszył głos żołnierza wzywający pomocy. Dzięki snajperce przebiłam mu pierś, ale jego wsparcie nadeszło. Wtedy, z za naszych pleców wyłonił się mężczyzna, ocalały partyzant. Biegliśmy za nim ile tylko sił w nogach. Dołączyło do nas jeszcze kilka osób, ale później nasze szczęście dobiegło końca. Otoczyli nas. Każdy, który chociaż wychylił nos poza gruzowisko padał martwy, aż zostaliśmy tylko my. Pokryci kurzem, zaschniętą krwią, bez amunicji, bez szans na przeżycie. Wtedy Dick spojrzał mi głęboko w oczy, a ja szukałam w nim chociażby krzty nadziei.
-Kori. –szepnął. -Kocham cię. Zawsze kochałem. – Objął moją twarz dłońmi, chciał, abym go uważnie słuchała, ale już wtedy wiedziałam, co zamierza zrobić. Próbowałam go zatrzymać, powiedzieć cokolwiek. –Ukryj się, spróbuj jeszcze raz przed świtem.
-Nie. -wyjąkałam, a łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Pośpiesznie wyciągnął z kieszeni notes i włożył mi do rąk.
-Przeżyj. Dla mnie. – Połączył nas pocałunek. Namiętny. Stęskniony. Ostatni. –Kocham cię. –powtórzył wstając nad linię barykady, w którą wciąż uderzały pociski. Drążącymi dłońmi próbowałam, chociaż złapać nogawkę jego woskowych spodni, wybełkotać cokolwiek. Jednak przeszedł dumnie na drugą stronę, z rękami uniesionymi w górze i donośnym okrzykiem: Jestem ostatni! Padł jeden strzał, po którym ciężkie ciało bezwładnie osunęło się na ziemię.

 -Babciu, babciu to był dziadziuś, prawda? – Spojrzałam na sześcioletnią dziewczynkę siedzącą obok mnie na kanapie. Miała krótko ścięte, ciemne włosy oraz zielone oczy podobne do moich. Zawsze promieniała, napełniała wszystkich radością i wywoływała uśmiech nawet w najgorszych chwilach.
-Lili! Nie przerywaj, chciałem posłuchać do końca! –ofuknął ją brat. Brian miał dwanaście lat i był moim najstarszym wnukiem. Grube kosmyki, koloru smoły, opadały mu na czoło, jednak nie przysłaniały oczu, takich samych jak siostry.
-To już koniec, kochanie. – Popatrzył na mnie zdziwiony.
-Wcale nie! – Rozczochrałam mu włosy uśmiechając się, ale bolesne wspomnienie tamtych dni powróciło. Po jego śmierci nastąpił najgorszy czas w moim życiu. Musiałam robić wszystko, aby ocalić swoje życie i życie mojej córki, którą już wtedy nosiłam pod sercem.
-Mamo. –usłyszałam znajomy głos. W przejściu pomiędzy salonem i kuchnią stanęła Mari, najpiękniejsza kobieta chodząca dziś po świecie. Ciemne włosy spływały wzdłuż jej ramion i sięgały, aż po same biodra, a inteligentne oczy obserwowały naszą trójkę. –Znów czytasz im dziennik taty? – Kiwnęłam lekko głową. –Dzieciaki zaraz będzie obiad. Jazda umyć ręce.
-Babciu proszę przeczytaj do końca! – Drobny chłopiec złapał mnie za rękę. Widziałam w jego oczach upór, który zawsze okazywał, gdy na czymś mu zależało. Westchnęłam poprawiając okulary i wracając wzrokiem na pożółkłe stronnice.
-Ja ocalałam, dzięki niemu. Wtedy czekałam na miłość zbyt długo…
-Dlatego dziś kocham tak mocno. –dokończyła Mari obdarzając mnie uśmiechem. Uśmiechem Dicka Graysona. 


Ostatnia część opowiadania o powstaniu. 
-Piszcie jak się podobało! - #Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!#
-Przestań żebrać kartoflu!
-No chciałam tylko, żeby...
-Milcz! Jesteś cholerną naciągaczką!
-Co?? Ja przecież...
-Ta, ta. Lepiej się żegnaj, bo tego twojego beztalencia nikt nie chce czytać
- ;_;

#Jetem dla siebie taka surowa#

P.s Zamówienie dla Bestialski ja .... No cóż próbuję! Na prawdę! 
Poza tym zamówienie od Skandynawska Girl będzie niedługo gotowe!

czwartek, 12 marca 2015

Moje szczęście było tuż obok

Zamówienie dla: Bestialski Ja. Mam nadzieję, że będzie się podobać.
 Czekam na dalsze zamówienia!!!!!




Byliśmy w środku walki – długiej i zaciętej. Slade znów próbował nas zgładzić, jednak tym razem wyjątkowo dobrze się do tego przygotował. Wisiałam w powietrzu wciąż ostrzeliwując nadlatujące roboty. Ziemie pode mną zasłały zniszczone maszyny, a gdzieś wśród nich byli moi przyjaciel, a właściwie już rodzina. Przez zaledwie chwilę omiatałam otoczenie w ich poszukiwaniu. Wtedy kątem oka dostrzegłam odpalony laser. Nie miałam szans go uniknąć, lecz przed samym zetknięciem, coś pociągnęło mnie w bok. Oboje upadliśmy na ziemię, po czym przekozłowaliśmy parę metrów. Gdy nasze poplątane ciała w końcu stanęły w miejscu zupełnie obolała podniosłam głowę. To był Bestia. Nieruchomo leżał tuż obok. Chciałam się podnieść, dotknąć go, ale rany i znaczny ubytek krwi zrobiły swoje. Wyciągnięta ręka opadła koło jego. Tak długo nie byłam pewna swoich uczuć. Wmawiałam sobie, że jest przyjacielem, drużynowym kolegą. Jednakże teraz, w obliczu śmierci, wyznałam prawdę, sama przed sobą. Kocham go. Jeszcze raz spróbowałam dotknąć wiotkich palców, ale tym razem kolory zaczęły blaknąć, aż pozostawiły za sobą jedynie pustą czerń.

Nie obudził mnie typowy odgłos maszyny mierzącej tętno, lecz nieznośne chrapanie. Przełamując wszelkie trudy otworzyłam oczy. Promienie porannego słońca przyjemnie oświetlały beżowe ściany Sali szpitalnej. Na kanapie pod oknem leżał lider ze standardowo otwartymi ustami i wydobywającym się z nich nieprzyjemnym dźwiękiem. Moja regeneracja przebiegała błyskawicznie, więc już teraz mogłam usiąść oraz prawdopodobnie nawet walczyć. Zerknęłam na drugą stronę pokoju. Tytani ustawili tu łóżko, a na nim zaintubowanego Bestię. Musiał oberwać gorzej, niż ja. Żołądek ścisnął się w ciężki węzeł. Usiadłam na krawędzi jego posłania, po czym delikatnie ucałowałam go w policzek. Zostałam w takiej pozycji przez moment rozkoszując się męskim zapachem, który roztaczał.
-Błagam, obudź się. –szepnęłam mu do ucha, jednak nie zareagował. Ciszę przerwało kolejne głośne chrapnięcie Robina. Tym razem usiadłam na skrawku kanapy, licząc ile wacików higienicznych jestem w stanie włożyć mu do buzi zanim się obudzi. Sześć. Skoczył na równe nogi przyjmując jednocześnie pozycję bojową. Nie dość, że pracoholik, to jeszcze wszędzie widzi zagrożenie. 
-Ile razy jeszcze mi to zrobisz, ruda żmijo? –zapytał bardziej rozbawiony, niźli zdenerwowany.
-Tyle, ile będziesz zasypiał z otwartymi ustami. – Uśmiechnął się szerzej, obejmując mnie ramionami.
-Dobrze, że nic ci nie jest. – Czułam w tym uścisku coś więcej, niż tylko przyjaźń i troskę, jednak nie potrafiłam tego odwzajemnić. Moje myśli błądziły jedynie, przy leżącym obok chłopaku. –Wiesz, gdy byłaś nieprzytomna –zaczął smutnym tonem, wciąż mnie trzymając. –dużo myślałem. I postanowiłem ci coś powiedzieć, na wypadek, gdybym nie miał już okazji. – Jego ciepły oddech muskał koniuszek ucha wywołując gęsią skórkę. –Kocham cię. – Odsunęłam go delikatnie wbijając wzrok w ziemię.
-Przepraszam Robin.
-Oczywiście. –przerwał mi natychmiastowo zupełnie zmieszany. –To było super głupie. Wybacz. Powinienem zachować to dla siebie. – Udawał rozbawionego, ale po tyloletniej przyjaźni wiedziałam, iż złamałam mu serce.
-Jaki jest stan zdrowia Bestii? – Nawet nie wyobrażałam sobie, jak bardzo może brakować mi jego głupich żartów, śmiechu, wszystkiego.
-Nie najlepszy, ale stabilny. Powinien wyjść z tego za kilka dni. Natomiast ty powinnaś odpocząć. – Pomógł mi wgramolić się na łóżko. –Przyniosę coś do jedzenia.
Nawet, kiedy mój stan wrócił do normalności stanowczo odmówiłam opuszczenia szpitalnego pokoju. Całymi godzinami leżałam na swoim łóżku patrząc na bladą twarz Bestii. Był taki przystojny, nawet obdrapany i zabandażowany. Nadciągała noc. Cienie stawały się coraz dłuższe, pokój przybierał pomarańczowych barw. Leżałam na boku wodząc oczami za jego miarowo podnoszącą się i opadającą piersią.
-Słodkich snów piękna. – Podniosłam zmęczone oczy, najpierw natrafiając na lekki uśmiech, a potem duże zielone oczy.
-Gar obudziłeś się. – Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak głupio gadam. Niemal natychmiastowo usiadłam na krawędzi jego łóżka. –Jak się czujesz?
-Jesteś tu, więc całkiem dobrze. – Poczułam gorzki smak łez w gardle, pomieszany z cholerną ulgą. –Hej… - Jego roześmiana twarz nagle przybrała zmartwiony wyraz. –Dlaczego płaczesz kwiatuszku? – Kciukiem otarł kropelki, których istnienia nawet nie byłam świadoma.
-Po prostu pomyślałam, co by było, gdyby cię zabrakło. – Uśmiechnął się szeroko.
-Świat kręciłby się dalej, ale teraz jestem i to jest ważne, nie?
-Tak, tak. – Potrząsnęłam głową wyrzucając z niej ostatnie smutne myśli. W końcu mogłam być szczęśliwa, z mężczyzną, którego chcę, pod warunkiem, że on również chce mnie. Jakby w odpowiedzi na wszystkie wątpliwości pociągnął mnie do siebie. Mimowolnie położyłam głowę na jego klatce piersiowej.
-Tak długo na to czekałem. – szepnął całując mnie w skroń.

Szliśmy przez park. Ja w swojej zwiewnej, błękitnej sukience, on w jasnym podkoszulku i szortach.
-Jak długo będziesz się do mnie nie odzywać? –jęknął znudzony.
-Dopóki nie dasz mi spróbować. – Spojrzał na loda w swojej dłoni.
-Ale to mój ulubiony smak, a ty masz swojego.
-Chcę tylko spróbować. – Westchnął ciężko i podsunął mi go pod usta, jednak kiedy już miałam go zasmakować, zimna, lepka maź zapaćkała mi cały czubek nosa. –Hej! To było wredne! – Gar tylko zaśmiał się widząc moją oburzoną minę. Czasem dostawałam przez niego szewskiej pasji.

Była cała czerwona, a zarazem taka urocza. Zagrodziłem jej drogę i pocałowałem w zabrudzony czekoladowym lodem nosek.
-Teraz smakuje nawet lepiej. – Objąłem kobiece ciało ramionami, kątem oka dostrzegając najpiękniejszy na świecie uśmiech. Przyciągnąłem ją mocniej do siebie. Musiałem nieźle się schylić, aby mieć usta na wysokości ust Kori. Za każdym razem, kiedy się całowaliśmy czułem ten przyjemny dreszcz. Byliśmy razem już kilka lat. W kieszeni zalegał mi pierścionek, ale jakoś nie miałem odwagi. Sama myśl o tym paraliżowała mi mięśnie, nie pozwalała umysłowi ułożyć, żadnego logicznego zdania.
-Skarbie? – Opuściłem wzrok, żeby spojrzeć w jej zaciekawione, ale jednocześnie trochę zmartwione oczy. –Wszystko w porządku? – Kiwnąłem radośnie głową wsuwając dłonie do kieszeni. Zacząłem obracać małym pudełeczkiem między palcami. Ile czasu jeszcze mi to zajmie? –Uważaj! – Pociągnęła mnie mocno za rękę ratując, przed wpadnięciem pod koła roweru. –Ale te dzieciaki teraz nieostrożne. – Zsunęła swoją dłoń po moim ramieniu chcąc spleść nasze palce razem, jednak coś jej przeszkodziło. Spojrzała na mnie zdziwiona. –Co to?
-No, bo ten ja… - Czułem jak gorące powietrze rozpiera mi płuca, a krew uderza do policzków. Chyba ta chwila nastąpi znacznie szybciej, niż się spodziewałem. Pokazałem jej zamszowy sześciościan. –Wie, bo my już… I ja, no… - Patrząc w jej wielkie, zielone oczy zupełnie zgubiłem wątek. Natomiast ona zwyczajnie zachichotała radośnie.
-Tak.
-Tak? – Zarzuciła mi ręce na szyje i pociągnęła do swoich ust.
-Zdecydowanie tak.